18 maja 2022
W
15 kwietnia 2022
Z
20 grudnia 2021
Sami
20 grudnia 2021
ks.

Artykuły z tej kategorii

„Mam ogromny sentyment do liceum”

 

Jakie ma Pan wspomnienia z liceum?

Moje lata licealne to był czas wielkich przemian w Polsce. Zacząłem chodzić do liceum tuż po tym, jak się skończył stan wojenny. Zdarzenia polityczne miały ogromny wpływ na postrzeganie rzeczywistości przez młodzież. Młodzi ludzie musieli funkcjonować w bardzo trudnych realiach. To był bardzo trudny czas, który mnie ukształtował.

19 października 1984 roku zmarł ks. J. Popiełuszko, był Pan wtedy uczniem drugiej klasy
i ministrantem w Kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Znał Pan osobiście
ks. J. Popiełuszkę. Jak Jego śmierć wpłynęła na życie w szkole?

Śmierć ks. Jerzego Popiełuszki była ważnym wydarzeniem w Polsce, wszystko się nagle zatrzymało. Nasze licealne życie również. Były przerwy ciszy, podczas których siadaliśmy, byliśmy ze sobą, tą ciszą chcieliśmy uczcić pamięć o ks. Jerzym. Chcieliśmy pokazać, że Jego śmierć nie jest nam obojętna, że nie zgadzamy się z nią. To były ważne chwile dla nas, młodych ludzi.

Jak reagowali nauczyciele na ciche przerwy? Byli razem z Wami?

Myślę, że szkoła stanęła na wysokości zadania. Wielu nauczycieli było przejętych tak samo jak my i potrafiło z nami o tym porozmawiać. Inni nie reagowali i po prostu pozwalali na robienie takich rzeczy. Nauczyciele wiedzieli, kto inspiruje takie akcje, ale nikt nie wyciągał żadnych konsekwencji, które byłyby dla nas w jakikolwiek sposób bolesne. Pan Bogdan Sekinda – ówczesny dyrektor szkoły, mój wychowawca i nauczyciel historii – zachowywał się w miarę neutralnie, chociaż był członkiem partii.

Czy pamięta Pan, dlaczego wybrał liceum José Martí?

To była naturalna decyzja, bo patronem był bohater narodowy Kuby i w programie był
język hiszpański jako dodatkowy i bardzo chciałem się go uczyć, szlifować. Poza tym mój ojciec jest Kubańczykiem. Poszedłem tam jako jedyny uczeń z mojej szkoły podstawowej.

I jaki efekt przyniosły te 4 lata nauki hiszpańskiego?

Okazało się, że zabrakło pieniędzy na nauczyciela języka hiszpańskiego… Uczyłem się rosyjskiego i francuskiego przez 4 lata. Ale wiem, że to był trudny okres w Polsce, czas przemian i walki o niepodległość. I mimo wszystko patrzę na szkołę z wielkim sentymentem i nie żałuję mojego wyboru.

Pana klasa liczyła 20 dziewczyn i 7. chłopców. Jaka była atmosfera w takiej, prawie, żeńskiej klasie?

Na początku było nas siedmiu, a później już czterech. To była klasa humanistyczna i myślę, że nie mogło być lepiej. Czułem się jak pączek w maśle. Generalnie, my chłopcy, byliśmy zaopiekowani w każdym aspekcie i była fajna atmosfera, mnóstwo radości i śmiechu. Myślę, że każdy facet chciałby być w takiej klasie. [śmiech]

W Pana klasie był też Grzegorz Damięcki i Mariusz Kowalski. Jakimi byli kolegami?

Mariusz Kowalski był fantastycznym prymusem z geografii. Pamiętam, że zawsze nam ogromnie imponował swoją wiedzą i przygotowaniem do lekcji. Godzinami mógł patrzeć w mapy. Geografia była jego ogromną pasją. Najbardziej mnie fascynowało to, że on od początku do końca wiedział, na co chce iść po maturze. Natomiast Grzesiek to była bratnia dusza, artysta, z którym spędzałem mnóstwo wolnego czasu. Lubiłem z nim rozmawiać, miał takie same rozterki jak ja. Ciągle się zastanawialiśmy, co w życiu chcemy robić, czym się zająć. Byłem przy tym, jak podejmował decyzję, że będzie zdawał do szkoły teatralnej. Bardzo fajny chłopak. Jest świetnym aktorem teatralnym i filmowym. Zdecydował się nawet na film komercyjny i zagrał główną rolę w komedii Podatek od miłości. Cieszę się bardzo i kibicuję mu!

Jak się teraz spotykacie, to wspominacie szkołę i jakieś zdarzenia, czy to już temat zapomniany?

Bardzo rzadko się spotykamy. Każdy jest pochłonięty swoim światem. Mieliśmy tak naprawdę jedno poważne spotkanie klasowe. Ale oczywiście myślę, że każdy z nas wspomina dobrze
to liceum. Nie da się porównać obecnych czasów z tym, co się wtedy działo, z tamtą atmosferą. Nie ukrywam, że był to też czas ogromnego stresu, lęku. Wielu z nas wyjechało za granicę. Mój najlepszy przyjaciel Marcin Kozłowski wyjechał do Francji, a Kuba Ostaszewski do Kanady. To był okres, kiedy nie mieliśmy takich perspektyw jak teraz. Kto mógł, szukał swojego miejsca na świecie.

Czy Pana klasa wyjeżdżała na jakieś wycieczki?

Tak, mieliśmy fantastyczne wycieczki. Nasz nauczyciel – pan Andrzej Chruszczyński – kochał wycieczki w góry i zarażał nas pasją chodzenia po górach. Wiele nam pokazał, ciekawie opowiadał. Te wyjazdy były inspirujące i integrujące. Pan Chruszczyński był wyjątkowym nauczycielem, dzięki jego podejściu, zdaliśmy bezproblemowo maturę z języka polskiego. Świetnie nas przygotował.

Jakim był wychowawcą pan Bogdan Sekinda?

Przeprowadził nas bezpiecznie przez te cztery lata. Zdawał sobie sprawę, że młodzi ludzie dorastali wówczas w ciężkich dla Polski czasach. Wspierał nas i stał na straży, byśmy dorastali
w dobrych warunkach, mimo że jak my to określaliśmy, był po drugiej stronie muru.

Miał Pan ulubiony przedmiot i ulubionego nauczyciela?

Teraz z perspektywy czasu uważam, że było kilku naprawdę fajnych nauczycieli. Rosyjskiego uczyła pani Anna Baranowska – była niezwykłą przyjaciółką, kochała uczniów, a oni Ją. Była osobą, z którą na przerwach dobrze się rozmawiało. Mówiła nam, co w życiu jest najważniejsze. To było fantastyczne. Ważnym nauczycielem był też pan Sekinda, który w mądry sposób wykładał nam historię. Odnajdywał się w tym wszystkim, nie łamał kręgosłupów. Wolał czegoś nie powiedzieć niż mówić coś, z czym się wewnętrznie nie zgadzał. I to mi się bardzo podobało. Pan  Andrzej Chruszczyński nauczył nas jak pisać wypracowania i miłości do wielu lektur. Robił quizy, kazał nam zadawać pytania i sam odpowiadał na wiele naszych pytań. Chciał nas zainteresować językiem polskim. Niezwykłą nauczycielką była Hanna Biziel, która uczyła języka francuskiego. Miała mnóstwo klasy w sobie. Z Nią też rozmawialiśmy o Polsce i o sytuacji politycznej. Lubiłem też nauczycieli WF-u, którzy nas inspirowali. Myślę, że było wielu świetnych nauczycieli. Miałem z nimi bardzo dobre relacje. Dzięki temu ten czas  był taki budujący.

Jakim był Pan uczniem?

Nie byłem najlepszym uczniem, żeby była jasność. Takim może średniakiem. Nie miałem najlepszych ocen, nie byłem prymusem, nie byłem w pierwszej piątce. Wiele rzeczy mi kompletnie nie wychodziło, np. fizyka. Pani Danuta Lewczuk – nauczycielka fizyki – była bardzo wymagająca, ale też nie zrobiła mi krzywdy. Liceum José Martí dobrze mnie przygotowało
na studia. Byłem najlepszym studentem na Akademii Wychowania Fizycznego. Pisałem nawet innym różne prace zaliczeniowe, pomagałem w pisaniu magisterskich. Wysokie wymagania nauczycieli, ciągłe sprawdziany i wypracowania, bez wątpienia zaprocentowały. To były ogromnie ważne cztery lata w moim życiu.  

O czym marzył Pan, będąc w liceum, jakie zainteresowania Pan miał?

Jak większość młodych ludzi w liceum, nie wiedziałem co chcę robić w przyszłości. Oczywiście sport był moją wielką pasją. Lubiłem grać w koszykówkę. Gdy byłem bodajże
w drugiej klasie, zobaczyłem w holu plakat i zaproszenie na kurs tańca, który miał odbyć się na terenie szkoły. Cieszę się, że dyrekcja w tamtych czasach zgodziła się na takie zajęcia pozalekcyjne. Poszedłem na zajęcia, które nawet nie odbywały się w sali gimnastycznej, tylko na korytarzu. Spodobało mi się. Potem była długa przerwa, nie licząc w czwartej klasie nauki poloneza przed studniówką. Później poszedłem do klubu „Park” na nabór i tak zaczęła się moja wielka przygoda życia.

Podobno myślał Pan też o tym, by pójść do seminarium.

Tak, byłem bardzo blisko kościoła. Kiedy chodziłem do liceum, służyłem do mszy w każdy poniedziałek. Służyłem także podczas pogrzebu ks. J. Popiełuszki. Moi dziadkowie byli bardzo wierzący i byli ze mnie bardzo dumni. I w pewnym momencie była we mnie taka chęć, żeby pójść
do seminarium. Ale nie miałem w sobie tyle odwagi, żeby postawić wszystko na jedną kartę. Zauważyłem też, że taniec i kultura latynoamerykańska bardzo mnie inspirowały. Moja mama była przeciwna temu, abym został tancerzem i chciała, abym poszedł na prawo. Złożyłem dokumenty na oba kierunki. Egzaminy do Akademii Wychowania Fizycznego były wcześniej. Kiedy zdałem pierwsze egzaminy kwalifikacyjne, to już wybrałem tę uczelnię.

Wracając do tańca. Czy w szkole były organizowane dyskoteki? Gdzie się młodzież bawiła?

Studniówka była ważnym momentem. Wtedy obtańczyłem wszystkie panie nauczycielki. Już wiedziałem, że z maturą nie będzie większego problemu [śmiech]. Była dobra energia, nikt nie sądził, że już tak dobrze tańczę. Były też kluby jak Stodoła czy Park, ale w czasach licealnych przede wszystkim robiliśmy domówki, na które chodziliśmy całą klasą. Bawiliśmy się w piątki lub soboty, kiedy rodziców nie było w domu.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że w szkole nauczyciele i rówieśnicy traktowali Pana inaczej. Między innymi dlatego używał Pan drugiego imienia, by się do nich upodobnić. Nie udawało się, bo miał Pan ciemniejszą karnację i obco brzmiące nazwisko i wszyscy uważali Pana za Kubańczyka. Na czym dokładnie polegało to inne traktowanie?

W pierwszej klasie, gdy po raz pierwszy czytano moje nazwisko, każdy łamał sobie język. To był podwójny stres dla mnie, szczególnie gdy byłem odpytywany. Poza tym – jak każdy młody człowiek – chciałem być akceptowany i być częścią pewnej społeczności. Nie chciałem być traktowany inaczej. Moje kubańskie korzenie były czymś oryginalnym i egzotycznym, a ja chciałem do niej należeć i dlatego używałem drugiego imienia – Marek. Myślę, że teraz, gdybym był w liceum, to moje imię i nazwisko byłyby ogromnym atutem.

A czy z powodu swojej egzotycznej urody miał Pan większe powodzenie u dziewczyn?

Moja pierwsza prawdziwa miłość była właśnie w José Martí  – Małgosia Świątek. Zaczęliśmy chodzić w III klasie i chodziliśmy ze sobą praktycznie do końca szkoły, byliśmy oficjalną parą. Poza tym byłem w klasie humanistycznej, w której było dużo dziewczyn, więc z tym powodzeniem nie było problemu.

Był Pan na Kubie już wielokrotnie. Czy może nam Pan powiedzieć, jak postrzegany jest José Martí przez Kubańczyków?

José Martí jest wielkim bohaterem, który walczył przeciwko Hiszpanom o wyzwolenie Kuby. Został zastrzelony w szarży. Wielu historyków mówi, że chciał zginąć. W przemówieniach Fidela Castro i Che Guevary jest on niezwykle ważną postacią. Wśród Kubańczyków cieszy się  ogromnym szacunkiem, w wielu miejscach stoją piękne monumenty. Trudno przecenić jego rolę, cały czas funkcjonuje w świadomości Kubańczyków.

Czy będąc na Kubie, zrobił Pan sobie zdjęcie z pomnikiem José Martí?

Mam zdjęcie razem z moją córką przed pomnikiem, który stoi tuż przed pałacem prezydenckim
w Hawanie. To przepiękny pomnik przedstawiający José Martí na koniu w ostatniej szarży.

José Martí jest autorem poematu, którego tekst został wykorzystany do stworzenia najbardziej popularnej piosenki kubańskiej – Guantanamera. Czy tańczył Pan kiedyś
cza-czę do tej piosenki?

Oczywiście, Guantanamera to najważniejsza wizytówka Kuby i myślę, że cały świat kojarzy Guantanamerę z Kubą. Tańczyłem wielokrotnie cza-czę do tego utworu. Teraz, gdy uczę ludzi tańczyć, wykorzystuję ten utwór i od razu przenosimy się w świat Kuby.

Czy zechciałby Pan zatańczyć Guantanamerę na obchodach 75-lecia liceum?

Zatańczyć ‒ pewnie mi się nie uda,  ale może pouczyłbym wszystkich. Mam ogromny sentyment do liceum. Zrobię wszystko, żeby być z wami na jubileuszu. Żeby zobaczyć klasy, boisko, powspominać i poczuć licealna atmosferę.

                                                                       

Rozmawiała: Karolina Rudzik

Wywiad ukazał się w jubileuszowej publikacji z okazji 75-lecia XXII LO

Agustin Egurrola - absolwent  XXII LO z 1987 r.
Absolwent Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie (specjalizacja – taniec),
absolwent Podyplomowych Studiów Menedżerskich na Wydziale Zarządzania UW,
absolwent programu Executive MBA GFKM, choreograf, tancerz, pedagog,
sędzia taneczny, juror programów „Mam Talent” i „You Can Dance – Po prostu tańcz!”,
główny choreograf dwunastu edycji „Tańca z Gwiazdami” dla telewizji TVN,
wielokrotny Mistrz Polski w tańcach latynoamerykańskich i South-American Show Dance

Agustin Egurrola

09 października 2020
Karolina Rudzik i prof. Sambor Grucza w XXII LO

Rudzik na Bielanach