18 maja 2022
W
15 kwietnia 2022
Z
20 grudnia 2021
Sami
20 grudnia 2021
ks.

Artykuły z tej kategorii

„Geografią interesowałem się od wczesnego dzieciństwa”

 

Chodził pan do klasy z Agustinem Egurrolą, Grzegorzem Damięckim, Agnieszką Przepiórkowską czy Renatą Kurlanc. To była fajna klasa?

To była bardzo fajna klasa, a przynajmniej ja się w niej bardzo dobrze czułem. Wydawała się bardzo zgrana, choć czasami zdarzały się jakieś nieporozumienia. Ale gdzie ich nie ma. Oczywiście były osoby, które funkcjonowały, że tak powiem, w głównym nurcie, oraz takie, które pozostawały raczej na uboczu. Kiedy po 20 latach po maturze spotkaliśmy się ponownie, choć nie wszyscy byli obecni, poczułem się jakbym powrócił w rodzinne strony. Myślę, że to spędzony wspólnie czas, często w wielkim stresie związanym wymaganiami nauczycieli, tak nas do siebie przybliżył.

W naszej klasie było bardzo dużo indywidualności, choć nie wszystkie dały się poznać w pełnej krasie już wtedy. Bardzo mnie zaskoczyło, gdy dowiedziałem się o karierze pisarskiej Agnieszki Przepiórkowskiej (obecnie Janiszewskiej), choć już w szkole dostrzegałem jej oryginalny sposób myślenia. To samo dotyczy Marka (Agustina) Egurroli, który był super kolegą z pozytywnym podejściem do życia, ale jego sukcesy taneczne i biznesowe a później kariera medialna, były dla nas wszystkich wielką niespodzianką. Co innego Grzesiek Damięcki, który od początku prezentował „artystyczne” podejście do rzeczywistości i olbrzymi indywidualizm. Miał uzdolnienia plastyczne (m.in. zaprojektował zaproszenie na naszą studniówkę) oraz swój zespół rokowy. Cały czas zabawiał nas jakimiś niesamowitymi historiami. Wybierając zawód aktora dokonał właściwego wyboru, z korzyścią dla siebie i wszystkich mogących obecnie podziwiać jego talent. Renatę Kurlanc (wtedy Rutkowską) pamiętam jako osobą bardzo zrównoważoną, przyjazną i rzeczową. Można było na nią liczyć w różnych trudnych sytuacjach. Jej kariera jako nauczycielki i dyrektorki szkoły jest niewątpliwą konsekwencją tych cech.

Nie wszystkich w klasie znałem tak dobrze. Na pewno powinienem wspomnieć o Marcinie Kozłowskim, z którym z racji bliskości daty urodzin obchodziliśmy wspólnie klasową osiemnastkę. W pierwszej klasie przeżyliśmy zaś niezbyt miłą przygodę. Zdarzyło się to 3 maja 1984 r. na Starym Mieście w czasie antyrządowej demonstracji. Widząc grozę sytuacji schroniliśmy się w kościele św. Anny przy Krakowskim Przedmieściu i przez oszklone drzwi obserwowaliśmy wydarzenia. Rozśmieszyła nas kolejka ludzi, którzy ustawili się do budki telefonicznej, by uniknąć podejrzenia, że przyszli demonstrować. Myśląc, że jest bezpiecznie wyszliśmy z kościoła i od razu zostaliśmy zatrzymani przez zomowców pytających, dlaczego się z nich śmialiśmy. Sprawiali wrażenie pijanych lub nafaszerowanych jakimiś środkami odurzającymi. Zostaliśmy spałowani, spisani i zapowiedziano nam, że zostaniemy usunięci ze szkoły. To wszystko wyglądało bardzo groźnie, ale żadne dalsze konsekwencje na szczęście nas nie spotkały. Na jesieni tego samego roku, już w większym klasowym gronie braliśmy udział w pogrzebie księdza Jerzego Popiełuszki. Takie to były niestety czasy. Już po maturze Marcin wyjechał do Francji, ukończył tam studia i zrobił karierę w biznesie. Czasami mieszkał w Polsce, czasami we Francji. Emigrację wybrał też Kuba Ostaszewski, przez długi czas starosta naszej klasy, tyle że jego rzuciło aż za ocean, do Kanady, gdzie zrobił błyskotliwą karierę w tamtejszej policji. Zawsze był zorganizowany i zdyscyplinowany, a ponieważ jago ojciec pracował w PKP pomagał nam rezerwować przedziały w pociągach na klasowe wycieczki. Do szczególnie bliskich mi osób należała na pewno Iwona Grzegrzółka, poetycka dusza i wielbicielka intelektualnych dysput. Powinienem jeszcze wspomnieć Ankę Goc, niestrudzoną miłośniczkę Bieszczadów, z którą uczyłem się jeszcze w szkole podstawowej, Gosię Świątek, z którą znam jeszcze z przedszkola na pobliskiej ul. Lisowskiej, Piotrka Parysa, z którym w liceum siedziałem w jednej ławce, czy oryginalną w swoim spojrzeniu na świat Lucynę Dziubińską. Nie można jednak zapomnieć o pozostałych. O ile dobrze pamiętam, czwarta klasę kończyły razem ze mną Kasia Gajda, Kasia Zalewska, Agnieszka Królikowska, Edyta Dudek, Beata Fota, Dorota Serek, Ania Kuklińska, Monika Wilczyńska, Małgosia Sołtyk, Hanka Wiśniewska, Ania Iglewska, Tamara Muranowicz, Beata Czeczotko, Agnieszka Ziędalska oraz Andrzej Nagański.

 

Agustin Egurrola, Mariusz Kowalski, Kuba Ostaszewski i Małgorzata Prus w 2007 r.

Grzegorz Damięcki, Mariusz Kowalski, Agnieszka Janiszewska, Małgorzata Prus w 2007 r.

Spotkanie klasowe w 2007 r., czyli 20 lat po maturze.

 

Czytał pan moje rozmowy z A. Przepiórkowską, G. Damięckim czy A. Egurrolą. Czy wspomina pan wasze licealne czasy podobnie jak oni?

Czytałem. Czasami mam podobne wspomnienia, czasami jednak ich opinie były dla mnie zaskakujące. Nie uważam na przykład, że wycieczki górskie organizowane przez naszego wychowawcę i polonistę prof. Andrzeja Chruszczyńskiego były takie sztampowe, jak to przedstawił Grzesiek Damięcki. Byłem tylko na dwóch takich wyjazdach, ale nie polegało to bynajmniej na chodzeniu od schronisk do schronisk i zbieraniu turystycznych odznak i pieczątek. To była prawdziwie dzika przygoda ze spaniem na sianie w stodołach, wędrowaniem po mało uczęszczanych szlakach i nieprzespanymi nocami w pociągach. Rozumiem jednak Grześka, miał trochę „na pieńku” z Chruszczyńskim, a dodatkowo lubił chodzić własnymi ścieżkami, więc eskapady pod przewodnictwem profesora mogły być dla niego mało atrakcyjne.

Każdy z nas miał nieco inne relacje z poszczególnymi nauczycielami. Większość z nas z pewnością nie lubiła lekcji j. łacińskiego prowadzonych przez prof. Popiak, bardzo wymagającego pedagoga, ale jednocześnie bardzo zasłużonej badaczki i nauczycielki akademickiej (w 1992 r. uzyskała habilitację). Wiele osób obawiało się również lekcji fizyki, które prowadziła generalnie bardzo sympatyczna prof. Danuta Lewczuk. Dla mnie stresem były lekcje angielskiego z prof. Barbarą Górską (w I klasie była naszą wychowawczynią). Pani profesor była sympatyczna, ale jednocześnie bardzo wymagająca, ale ja nie wykazywałem postępów w nauce. Wielu kolegów i koleżanek chodziło na dodatkowe lekcje angielskiego i jakoś sobie radzili. Mnie się nie chciało. W rezultacie ledwo zdałem maturę z angielskiego, bo do egzaminu z rosyjskiego, z przyczyn ideologicznych, nie chciałem przystępować. Niezależnie od tego, nasza rusycystka, prof. Anna Baranowska była wspaniałą osobą. Zachęcała nas do czytania czasopisma Powściągliwość i praca, które skupiało w owych czasach ludzi związanych z opozycją. Bardzo często odwiedzaliśmy ją w domu, co w przypadku innych nauczycieli rzadko się zdarzało. Poznawała nas z rosyjską kulturą a nie sowiecką ideologią. Jej sala, na zasadzie ironii, była udekorowana w przesadny sposób sowieckimi plakatami propagandowymi. Nikt nie mógł się przyczepić, bo to były oficjalne plakaty przywiezione z ZSRR, ale powodowało to u nas odmienne reakcje niż oczekiwałaby tego sowiecka propaganda. Z racji moich zainteresowań bardzo lubiłem lekcje geografii z p. Danutą Krosnowską, choć większość koleżanek i kolegów, z powodu wymagań pani profesor, miało odmienne odczucia. Nieco kłopotów sprawiała nam matematyka z prof. Zajączkowską i biologia z prof. Osuch, natomiast zupełni bez stresu przebiegały lekcje chemii u prof. Antuszewicz. Męska część naszej klasy lubiła również p. Leciejewskiego od WF-u. Nie męczył nas zbędnymi ćwiczeniami i wymaganiami, a pozwalał nam grać w piłkę nożną i koszykówkę. W ostatniej klasie pomagał Agustinowi Egurolli przygotować się do egzaminów wstępnych na AWF.

Każdy z was ma inne wspomnienia z Bogdanem Sekindą czy Andrzejem Chruszczyńskim. Jak pan ich wspomina?

To były zupełni odmienne indywidualności. Niektórzy z nas lubi bardziej jednego inni drugiego, choć pewnie byli tacy, którym żaden z nich nie przypadł do gustu. Profesor Sekinda był przez rok (w II klasie) naszym wychowawcą i jednocześnie przez cały czas nauczycielem historii. Mówiąc szczerze, to trudno mi powiedzieć jaki był jego prawdziwy poziom merytoryczny jako historyka, bo bardzo wcześnie zaangażował się w prace organizacyjne i karierę z nią związaną. Należał do partii i wkrótce został dyrektorem szkoły. Działalność ta bardzo go pochłaniała, więc mam wrażenie, że działo się to kosztem dydaktyki. Pomimo swojej pozycji przedstawiał nam jednak historię bez zakłamania, mówiąc o 17 września 1939 czy Katyniu bez owijania w bawełnę. Niektórym z naszej klasy zalazł mocno za skórę (raczej z powodów dyscyplinarnych), ja jednak nie miałem powodów by na niego narzekać. Nazywał mnie Komandosem, bo siedziałem w ostatniej ławce i często komentowałem jego wypowiedzi. To chyba było nawiązanie do uniwersyteckich Komandosów z lat 60. na Uniwersytecie Warszawskim (Adam Michnik i inni), bo i o kreciej robocie coś tam wspominał, ale ja często wtedy chodziłem również w bluzie wojskowej, więc może i to miało znaczenie. Określenie to nawet mi się podobało i bardzo szybko podchwycili je również moi koledzy. Nie wszystkim takie pomysły przypadały jednak do gustu. Profesor Sekinda bardzo często przekręcał dla żartu nazwisko naszej koleżanki, Beaty Foty. Któregoś razu, czego nikt się chyba nie spodziewał, wywołało to z jej strony zasadną reakcje. Głośno zaprotestowała w czasie lekcji i poprosiła by zwracał się do niej właściwym imieniem i nazwiskiem. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem odwagi koleżanki. A i profesor chyba zrozumiał swój błąd. Nie wiem jak teraz, ale w tamtych czasach postawienie się nauczycielowi było nie lada wyczynem. Mimo wszystko większość z nas miała z Sekindą dobre relacje, co jako bliska jemu klasa często wykorzystywaliśmy, by ułowić sobie szkolne życie. Myślę, że jako dyrektor i organizator miał spore osiągnięcia. Wiem, że gdy przestał pracować w José Martí kierował z powodzeniem również innymi liceami.

W porównaniu z nim, prof. Andrzej Chruszczyński wydawał się bardziej niedostępnym i surowym nauczycielem. Lekcje prowadził w stylu akademickim i oczekiwał od nas wysokiego poziomu przygotowania. Miał stopień naukowy doktora i był równolegle wykładowcą na Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie, co robiło na nas duże wrażenie. Parę lat później, już po naszej maturze zrobił również habilitacje i był profesorem na uczelniach w Kielcach i Bydgoszczy. Jedna z naszych nauczycielek określała go belfrem w starym stylu. Trzy błędy ortograficzne w wypracowaniu oznaczały dwójkę, nawet jak samo wypracowanie byłoby najgenialniejsze. Taki podejście tworzyło atmosferę niepewności i grozy. Pod koniec szkoły obwieścił nam, że z naszej klasy na studia nadają się tylko trzy-cztery osoby. Nie było to krzepiące, ale może w tym szaleństwie była metoda, bo zachęcało wielu z nas do bardziej intensywnej pracy. Wiem, że wyższe studia ukończyła większość z nas. Czasami profesor odsłaniał jednak bardziej subtelną stronę swojej osobowości. Kiedyś na lekcji wyrecytował nam z pamięci bardzo długi wiersz Bolesława Leśmiana Dziewczyna („Dwunastu braci wierząc w sny, zbadało mur od marzeń strony…”) a pod koniec pojawiły mu się w oczach łzy. Myślę, że pomimo swojej surowości, dla wielu z nas był prawdziwym autorytetem - wybitnym i zaangażowanym pedagogiem z artystycznymi aspiracjami. Humanistycznym przewodnikiem w humanistycznej przecież klasie. Nauczył nas pisać wypracowania, wypowiadać się rzeczowo i podejmować trudne decyzje w stresowych sytuacjach. Na lekcje wychowawcze (był naszym wychowawcą w klasie III i IV) zapraszał swoich znajomych o ciekawych zawodach (np. red. Zygmunta Chajzera), by zachęcili nas do wybrania właściwego kierunku studiów. Był też organizatorem szkolnego klub turystyki górskiej Beskidnik. Wiele koleżanek i kolegów z naszej klasy, oraz z innych klas, głównie równoległej matematyczno-fizycznej, spodobał się ten sposób spędzania wolnego czasu w weekendy i wakacje (obozy wędrowne). Wspólne przeżycia, rozmowy w pociągu, na szlaku czy przy ognisku były metodą na dodatkową integrację, okazją byśmy się lepiej poznawali w różnych sytuacjach.

Andrzej Chruszczyński to też absolwent naszego liceum. Opowiadał wam dużo o liceum przełomu lat 40 i 50?

Coś tam nam opowiadał, ale niewiele już z tego pamiętam. Na pewno o jego wcześniejszym usytuowaniu, o atmosferze jaka tam panowała, o znanych ludziach, którzy się tam uczyli. Wspominał także o kółku teatralnym do którego należał. Ale chyba jakoś specjalnie skory do zwierzeń na ten temat to nie był. Angażował się na pewno w działalność koła absolwentów, chyba organizował ich zjazd. Któregoś dnia zaproponował byśmy na jakąś uroczystość nauczyli się dawnego hymnu szkoły, o którym już chyba wszyscy zapomnieli. Nasza klasa przekształciła się w chór i rozpoczęła próby. A on stał się naszym dyrygentem, choć zawsze zarzekał się, że w odróżnieniu do swojego syna muzyka, jemu słoń na ucho nadepnął. Słowa tego hymnu były chyba takie: „Kochana nasza buda, to jest nasz drugi dom, w niej nasze są radości i dni najlepsze są…”. I kiedyś, przy jakiejś okazji ten hymn wobec całej szkoły (a może absolwentów?) zaśpiewaliśmy. Nie wiem niestety jaki były dalsze losy tej pieśni, czy ktoś jeszcze ją zna i śpiewa.

 

Klasa maturalna, po środku stoi prof. Andrzej Chruszczyński. W ostatnim rzędzie, trzeci od lewej stoi Agustin Egurrola, a trzeci od prawej Mariusz Kowalski.

Klasa maturalna, po środku stoi prof. Andrzej Chruszczyński. W ostatnim rzędzie, trzeci od lewej stoi Agustin Egurrola, a trzeci od prawej Mariusz Kowalski.

 

A jak wyglądała wasza współpraca?

Jeżeli chodzi o mnie, to pierwsze kontakty z prof. Chruszczyńskim były bardzo traumatyczne. Miał on inne podejście do dydaktyki niż moi poprzedni nauczyciele w szkole podstawowej, co skutkowało poważnymi dla mnie problemami. Mimo wspaniałej polonistki w Szkole Podstawowej nr 5 (obecnie nr 369) na ul. Przybyszewskiego, pani Hiszpańskiej, która pobudziła moje zainteresowania humanistyką, nie radziłem sobie z pisaniem wypracowań, a dodatkowo miałem problemy z ortografią. W rezultacie, na koniec pierwszej klasy Chruszczyński postawił mi dwóję i groziło mi powtarzanie klasy. Myślę, że podobne problemy miało wielu innych uczniów, choć nie zawsze groziła im na koniec dwója. Na szczęście dla mnie w gronie nauczycieli znalazłem obrońców, doceniających moje osiągnięcia w innych dziedzinach i na radzie pedagogicznej przekonano profesora by zmienił mi ocenę. Na wakacje dostałem jednak od niego, podobnie jak jeszcze jeden kolega, zadanie przepisywania do zeszytu książki, by ćwiczyć kaligrafię i ortografię. Byli jednak tacy, którzy nie mieli tyle szczęścia i musieli się pożegnać się z naszą klasą. To wszystko mnie zmobilizowało i pod koniec II klasy profesor oznajmił, że zrobiłem największe postępy w ciągu ostatniego roku. Niestety nigdy nie udało mi się uzyskać u niego z polskiego lepszej oceny niż 3+ (prowadził również przedmiot wiedza o sztuce, gdzie radziłem sobie lepiej). Dopiero z egzaminu ustnego na maturze dostałem z polskiego 4. Gdy mu na to zwróciłem uwagę, odpowiedział, że już ze mną tak jest, że nigdy nie nauczę się pisać. Niemniej uważam, że jego i moje wysiłki nie poszły na marne. To właśnie w liceum nauczyłem się pisać duże teksty i rozwijać w nich myśli na różne tematy. To pomogło mi w późniejsze pracy naukowej, polegającej w dużym stopniu na pisaniu artykułów i książek. Od czasu do czasu zajmuje się również publicystyką społeczno-polityczną. Chruszczyński pomógł mi również rozwinąć zainteresowania sprawami ogólnospołecznymi, gdyż jego polonistyczny wykład omawiał szerokie tło epoki, przemiany społeczno-gospodarcze, życie polityczne i zjawiska kultury. Nauczył mnie analizować tę rzeczywistość, co procentuje do dzisiaj. Ponieważ był również literaturoznawcą i nauczycielem akademickim pozostawił po sobie dorobek naukowych, z którego korzystałem, gdy parę lat temu pracowałem nad koncepcją cyklów pokoleniowych. Pomimo studiów, doktoratu i habilitacji myślę, że był on osobą, która najsilniej oddziałała na mój rozwój intelektualnych. Być może dlatego, że byłem wtedy najbardziej plastyczny w sferze intelektualnej. Podejrzewam, że podobnie musiał oddziaływać na innych uczniów, choć efekty zależały zapewne także od ich wrodzonych zainteresowań i predyspozycji.

 

Agustin Egurrola, Andrzej Chruszczyński, Mariusz Kowalski, Agnieszka Janiszewska

Ostatnie wspólne zdjęcie przed maturą.

 

Jakie było José w latach 80-tych?

Przyszło nam uczyć się w José w trudnych czasach, w latach 1983-1987. Zaczynaliśmy zaraz po zniesieniu stanu wojennego. Część nauczycieli, na znak protestu przeciwko stanowi wojennemu, nosiła jeszcze wpięte w ubrania oporniki. Niektórzy uczniowie, raczej ze starszych klas, zaangażowani byli w grupy oporu, organizując tzw. ciche przerwy np. w rocznice wprowadzenia stanu wojennego. Z biegiem czasu przejawy tej działalności jednak słabły. Z drugiej jednak strony wszyscy mieliśmy ugruntowane negatywne zadanie o panującym w kraju systemie. W I klasie zaangażowana partyjnie kadra szkoły próbowała nas zachęcić do udziału w pochodzie pierwszomajowy (zapewne takie mieli polecenie z góry), ale ponieważ nie znalazło to z naszej strony odzewu, w późniejszych latach dano sobie z tym spokój. Żyliśmy jak wolni ludzie, dyskutowaliśmy na wszystkie tematy, nie było dla nas tematów tabu także w polityce. Pod koniec naszej nauki w liceum zaczęła się gorbaczowowska pierestrojka, więc na lekcjach nauki o społeczeństwie z prof. Bogusławem Królem dyskutowaliśmy o potrzebie wprowadzanie reform systemowych. Byliśmy młodzi, ciekawi świata, zbuntowani, ale myślę, że nie tylko przeciwko systemowi politycznemu, ale przeciwko ogólnym normom narzucanym przez rodziców czy szkołę. Taki typowy czas młodzieżowego buntu. Nosiliśmy oryginalne fryzury i ubiory, słuchaliśmy buntowniczej muzyki. To był boom listy przebojów Programu Trzeciego czy festiwalu w Jarocinie. Ponieważ władza starała się przypodobać społeczeństwu w telewizji i kinach wyświetlano zachodnie filmy, więc zawsze mieliśmy o czym rozmawiać i dyskutować na przerwach czy po lekcjach. Niektórzy, bardziej ambitni interesowali się literaturą, sztuką i filozofią. Jako to zwykle w tym wieku, pochłaniały nas również sprawy uczuciowe, powstawały szkolne sympatie i pary, przeżywaliśmy radości i zawody miłosne. No i oczywiście, jak to w szkole, musieliśmy sobie radzić z trudami codziennej nauki, klasówek, kartkówek, zaliczeń. Myślę, że zachowywaliśmy się jak dzisiejsza młodzież, choć żyliśmy w nieco innych warunkach. Rzadziej wyjeżdżaliśmy za granicę, nie było Internetu, maili, portali społecznościowych. Dodatkowo, otaczała nas szara rzeczywistość upadającego systemu socjalistycznego. Ale jakoś sobie z tym wszystkim radziliśmy. W 1986 r. w warszawskiej Zachęcie prezentowana była wystawa 4xParyż. Zainspirowani nią koledzy z klasy matematyczno-fizycznej zorganizowali własna wystawę, i nazwali ją Całka z IVa. Wywołała spore zainteresowanie w naszej szkole.

Bielany lat 80-tych. Pierwsza pana myśl.

Bielany to moje strony rodzinne. Tu się urodziłem (Szpital Bielański), do zostałem ochrzczony (kościół św. Zygmunta), tu chodziłem do przedszkola, podstawówki i liceum, z kolegami z osiedla odkrywałem najbliższe okolice, z rodzicami chodziłem na niedzielne spacery i wycieczki rowerowe, tu przeżyłem stan wojenny i roznosiłem ulotki przed wyborami 1989 r. Aż dziw, że nie studiowałem na Bielanach, bo przecież były takie możliwości (AWF, ATK). Na Cmentarzu Wawrzyszewskim pochowani są moi najbliżsi, poczynając od prababci. Na Bielanach wciąż mieszka moja mama i dorosła już córka. Trudo sobie wyobrazić moje życie bez Bielan, choć obecnie mieszkam w innym miejscu. Jednak Bielany lat 80-tych kojarzą mi się przede wszystkim z terenami zielonymi: Lasem Bielańskim i Młocińskim, brzegiem Wisły oraz AWF-em. Tam właśnie często spędzałem w owym czasie wolne chwile. To była moja ucieczka od problemów dnia codziennego. Na AWF-ie często dla treningu biegałem po żużlowej bieżni wokół boiska do rugby.

A ma pan ulubione miejsce? Teraz i 30-40 lat temu.

Jeżeli mówimy nadal o Bielanach to konsekwentnie Las Bielański i AWF. A także sąsiednie uliczki Starych Bielan. A tak w ogóle to każdy piękny zakątek naszego kraju odwiedzany przeze mnie od dziecka (m.in. Tatry, Beskidy, Sudety, Pojezierza, wybrzeże Bałtyku). Za granicą zaś to przede wszystkim Włochy (kultura, zabytki, przyroda, ludzie). Zaś z racji zawodowych różne miejsca w Europie Środkowo-Wschodniej: od Niemiec na zachodzie po Rosję na wschodzie i Bułgarię na południu.

Podobno pod koniec liceum mocno zainteresował się pan geografią. Co miało na to wpływ?

Geografią interesowałem się od wczesnego dzieciństwa. W domu było zawsze dużo map, atlasów, encyklopedii, słowników, podręczników i czasopism geograficznych. To dzięki mojej mamie, która zawsze marzyła o podróżach do odległych krajów. Natomiast brat mamy bardzo lubił rysować mapy, co i mi się szybko udzieliło, więc być może to wszystko było zapisane w genach. W szkole podstawowej z geografii byłem najlepszy w klasie. Natomiast jak przyszedłem do liceum, miałem ogólny problem z oswojeniem się ze szkołą, a przede wszystkim sporo problemów z j. polskim. Dlatego początkowo swojego potencjału geograficznego nie ujawniałem. Dopiero z biegiem czasu p. Krosnowska się na mnie poznała, a ja za punkt honoru przyjąłem dobre przygotowanie się do każdej lekcji, bo stałem się klasowym autorytetem geograficznym. Wbrew jednak temu co na tych łamach mówili o mnie koledzy, bardzo długo nie myślałem o studiach geograficznych. Rozumiem jednak, że moje geograficzne ukierunkowanie i późniejsza droga życiowa mogły wywoływać takie wrażenie. Klasę humanistyczna wybrałem jednak by rozwijać moje zainteresowania sprawami społeczno-politycznymi, człowiekiem i jego historią. To zresztą rozczarowało trochę mojego ojca, który był inżynierem i konstruktorem. Sam zresztą bardzo długo myślałem, że pójdę w te ślady. Być może jakiś wpływ na moją decyzję miały ówczesna sytuacja polityczna: zależność od ZSRR, kryzys gospodarczy, powstanie Solidarności, stan wojenny. Moje przejścia z prof. Chruszczyńskim i niezbyt dobry kontakt z prof. Sekindą, zrodził jednak we mnie wątpliwości, czy droga humanisty jest moim powołaniem. Dlatego zdecydowałem się pójść na geografię, która wydawała mi się bliska i bezpieczna. W jej ramach można było zdobyć także bardziej praktyczne przygotowanie zawodowe: kartografa, hydrologa, klimatologa-meteorologa, specjalisty od gospodarki przestrzennej. Tą ostatnią specjalizację zresztą wybrałem i jeszcze na ostatnim roku studiów zacząłem pracować w Urzędzie m.st. Warszawy w Wydziale Zagospodarowania Przestrzennego. Ciągnęło jednak wilka do lasu. Równolegle zapisałem się na zaoczne studia historyczne. Szybko z nich jednak zrezygnowałem, bo dostałem propozycje pracy w Instytucie Geografii Polskiej Akademii Nauk i przygotowania rozprawy doktorskiej pod kierunkiem prof. Piotra Eberharda. Bardzo wiele mu zawdzięczam, gdyż w swoich badaniach z powodzeniem łączył podejście geograficzne i historyczne. Wreszcie poczułem się jak ryba w wodzie.

Co najbardziej fascynuje pana w geografii? Czym się pan zajmuje teraz?

Studia geograficzne dają bardzo szeroką wiedzę na temat otaczającego nas świata. Tak w sferze przyrodniczej, jak społeczno-gospodarczej. To pozostaje do końca życia i pomaga w różnych sytuacjach życiowych. Z tego powodu geografia kojarzy mi się po prostu z wiedzą o świecie. Immanuel Kant uważał, że są dwie nauki, które wyczerpują nasze zainteresowanie światem: geografia i historia. Zapewne dlatego ciągnęło mnie zawsze podświadomie i do jednej, i do drugiej. I to mi pozostało do dzisiaj. W swojej pracy zawodowej, a jestem związany z Instytutem Geografii i PZ PAN (projekty badawcze) oraz ze Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego (dydaktyka), staram się łączyć podejście geograficzne i historyczne. Pogodziłem więc moje wrodzone zamiłowanie do geografii z zainteresowaniami społeczno-politycznymi. Pracę magisterską poświeciłem zagadnieniom narodowościowym (etnicznym) w Europie środkowo-wschodniej, doktorat geografii wyborczej Polski, a habilitację państwom magnackim Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Wszystkie te badania służyły zrozumieniu zjawisk i procesów o charakterze społeczno-politycznym w ujęciu przestrzennym (geograficznym), co bez poznania często bardzo odległych uwarunkowań historycznych nie jest moim zdaniem możliwe. Nie możemy bowiem postawić granicy pomiędzy geografią i historią, gdyż proces stawania się jest procesem ciągłym. Wagę geografii podkreśla fakt, że przestrzeń jest jednym z podstawowych składników naszej rzeczywistości. Relacje społeczne odbywają się w przestrzeni. Ona jest płaszczyzną kontaktów, ale również barierą między jednostkami czy grupami społecznymi. Moim zdaniem zadaniem geografii jest ukazanie znaczenia aspektu przestrzennego w zjawiskach i procesach społecznych przebiegających w czasie. To przybliża nas do poznania szczegółowych i ogólnych mechanizmów kształtujących kondycję człowieka i ewolucję życia społecznego. To tak górnolotnie, jeżeli maiłbym wskazać jakąś generalną przesłankę nadającą sens temu czym się zajmuję. Aktualnie natomiast, prócz zajęć ze studentami z geografii politycznej, zagadnień narodowościowych czy historii społeczno-gospodarczej jestem m.in. uczestnikiem dwóch projektów naukowo-badawczych. W jednym, międzynarodowym, zajmujemy się regionalizmem kaszubskim na tle regionalizmów w innych krajach Unii Europejskiej. W drugim, krajowym, naszym celem jest badanie skutków późnośredniowiecznego i nieco zapomnianego osadnictwa niemieckiego w południowo-wschodniej Polsce, czyli problem tzw. Głuchoniemców.

 

Rozmawiała Karolina Rudzik

 

Mariusz Kowalski - absolwent XXII LO (1987 r.) oraz studiów geograficznych na Uniwersytecie Warszawskim (1993 r.). Profesor Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, wykładowca Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, członek Polsko-Litewskiej Komisji Podręcznikowej oraz Rady do Spraw Polaków poza Granicami Kraju. Uczestnik i kierownik wielu projektów badawczych – krajowych i międzynarodowych. Autor ponad stu publikacji naukowych (w tym kilku książek) oraz licznych artykułów encyklopedycznych, popularnonaukowych i publicystycznych. Zainteresowania badawcze: geografia polityczna i historyczna, geografia ludności. 

 

 

Mariusz Kowalski

05 lutego 2021
Karolina Rudzik i Mariusz Kowalski

Rudzik na Bielanach