Rudzik na Bielanach
Chomiczówka to mój punkt odniesienia
Gra w kapsle pod blokiem, zapach szutrowej ścieżki i pierwsze perkusyjne próby w osiedlowym pawilonie – tak wyglądał świat małego Jarka Polaka, zanim usłyszała o nim cała Polska. Dziś jako Ambasador Bielan i zdobywca Fryderyków, wraca na swoją rodzinną Chomiczówkę z wyjątkowym koncertem. Z Sidneyem Polakiem rozmawiamy o nostalgii lat 80., magii dawnej wspólnoty, kulturowym kodzie bielańskich podwórek i sile, jaką daje pielęgnowanie własnych korzeni.
Spotykamy się w wyjątkowym momencie. 29 sierpnia zagrasz koncert na bielańskiej Chomiczówce. Co czuje człowiek, który wraca z mikrofonem dokładnie tam, gdzie wszystko się zaczęło?
To blokowisko jest dla mnie absolutnie wyjątkowym miejscem, bo spędziłem tu dosłownie całe dzieciństwo. Tak śpiewam w piosence Chomiczówka - każdy kamień to inna historia. Brudna winda, krótkie spodenki, kapsle w kolorowych foliach... To jest dokładnie to. To po prostu ogromna nostalgia związana z tamtymi czasami, w moim przypadku z latami osiemdziesiątymi.
Na Chomiczówce zacząłem mieszkać w 1976 roku. W 1979 poszedłem do pierwszej klasy. Najpierw chodziłem do Szkoły Podstawowej Nr 80. Później, po trzech latach, w czwartej klasie przeniosłem się już do „sto szóstki” (SP 106), bo została dopiero co wybudowana. Bardzo dobrze wspominam ten moment, bo trafiliśmy do całkowicie nowej, przestronnej szkoły. A poza tym osiedle było ze sobą niezwykle zżyte. Wszyscy się znali. Z mojego bloku aż sześć osób chodziło do tej samej klasy! Rejonizacja robiła swoje – jak brakowało ci zeszytu albo potrzebowałeś coś pożyczyć do szkoły, po prostu zjeżdżałeś windą do kolegi z dołu albo wpadałeś piętro wyżej do koleżanki. To tworzyło niesamowitą, specyficzną atmosferę. Dziecięce szczęście, poczucie wspólnoty i niesamowite przygody.
Mieszkałeś na Chomiczówce w latach 1976–1991. Jak zapamiętałeś ten krajobraz z okresu PRL-u?
Przede wszystkim osiedle wyglądało wówczas zupełnie inaczej niż dziś. Nie było tych wszystkich bloków, które zaczęły wyrastać po 1989 roku, wraz z przełomem ustrojowym. Cała wielka polana ciągnąca się przed moim blokiem z czasem została zabudowana. Gdy po latach przyjeżdżałem odwiedzać ojca, który dalej mieszkał na Chomiczówce, ze zdumieniem obserwowałem, jak mocno zmienia się ta przestrzeń.
Za moich czasów nie było tam jeszcze parku – rozciągała się jedynie wielka polana z szutrową ścieżką. Pamiętam, że w drodze na przystanek autobusowy kanałek pokonywałem po betonowym mostku przy pawilonie Pabla Nerudy, choć z drugiej strony stała też drewniana kładka. Bardzo często przeskakiwałem ten strumień po kamieniach. Na rosnącym obok dużym drzewie wisiała lina z oponą – klasyczna rozrywka tamtych lat; bujaliśmy się na niej niczym w zoo.
Zapamiętałem również ogromną wichurę, prawdopodobnie z 1980 roku, która pokrzywiła drzewa na całej polanie. Byłem wtedy w domu, a nasz piętnastopiętrowiec trząsł się w posadach. Mama uspokajała mnie słowami: „Spokojnie, ten dom jest dobrze obliczony, nic mu się nie stanie”. Pracowała jako projektantka w firmie Miasto-projekt przy ulicy Przasnyskiej. Bloki wprawdzie stawiano z szablonu, ale to właśnie architekci z Miasto-projektu rysowali plany miejscowe oraz przyłącza dla konkretnych lokalizacji. Moja mama zajmowała się dokładnie tymi projektami, więc doskonale wiedziała, co mówi, i zapewniała, że budynek przetrwa każdą burzę.
Kluczowym miejscem na mapie Chomiczówki była kaplica przy ulicy Conrada. Dziś stoi tam okazały kościół, jednak przez długi czas – aż do lat 90. – funkcjonowała wyłącznie ta parterowa budowla. Za nią znajdował się barak, w którym odbywały się lekcje religii, nieobecnej wówczas w szkołach. Rodzice konsekwentnie pilnowali obecności na zajęciach, co w tamtych latach miało również swój specyficzny, nieco polityczny wymiar. Podczas lekcji, jak to wśród rówieśników, dochodziło do drobnych psot, rozmów czy rysowania w zeszytach. Z czasem sale katechetyczne przeniesiono do murowanego zaplecza przy zakrystii. Uczęszczałem tam przez całą szkołę podstawową, aż do bierzmowania w ósmej klasie.
Ważnym filarem życia na osiedlu było też harcerstwo.
To była wyjątkowo atrakcyjna forma spędzania czasu wolnego poza szkołą. Najpierw byłem zuchem w Szkole Podstawowej Nr 80, a od czwartej do ósmej klasy – harcerzem w Szczepie 305 w „sto szóstce”, którego komendantem był wspaniały człowiek, Jerzy Wartenberg.
Harcerstwo dostarczało wspaniałych doświadczeń – poza letnimi obozami i zimowiskami co tydzień lub dwa organizowano rajdy piesze. Zbieraliśmy się i wędrowaliśmy po Puszczy Kampinoskiej, a czasami odjeżdżaliśmy pociągami podmiejskimi nieco dalej. Trasy liczące po 15–20 kilometrów były dla młodego harcerza całkiem sporymi wyprawami, ale dzięki nim poznawaliśmy całą okolicę oraz szlaki w Kampinosie. Po szkole czas spędzało się na boisku. Nie było komputerów, więc wychodziło się grać w kwadraty, piłkę nożną lub tenisa – nie było siatek, więc ustawialiśmy na asfalcie pobliskie ławki.
Po podstawówce trafiłeś do liceum eksperymentalnego...
Dzisiaj to Liceum im. Kazimierza Górskiego przy Tołstoja, ale za moich czasów mieściło się przy ul. Nocznickiego 9. Wcześniej funkcjonowała tam szkoła podstawowa, ale gdy dzieci z Wrzeciona podrosły, utworzono w tym miejscu liceum, na które mówiono „liceum eksperymentalne” lub po prostu „eksperyment”, ponieważ działała pod auspicjami Ministerstwa Edukacji i testowano w niej nowe koncepcje pedagogiczne. Gdy rozpoczynałem tam naukę, w 1987, w całej Polsce obowiązywał jeszcze system ocen od 2 do 5, podczas gdy u nas wprowadzono już skalę od 1 do 6. Lekcje trwały po 60 minut i nie było dzwonków – przerwy wyznaczał zegarek nauczyciela. Była też jedna bardzo długa, 40-minutowa przerwa, podczas której można było spokojnie wyjść ze szkoły i coś zjeść. Ponadto obowiązywał parytet: tyle samo chłopców co dziewcząt. Dziewczętom więc było się trochę trudniej dostać, niemniej ogólnie rekrutacja wymagała sporego wysiłku – o jedno miejsce ubiegało się około 3–4 kandydatów. Ponieważ w podstawówce bardzo dobrze się uczyłem, dostałem się bez problemów.
Młodzież w tym liceum nie należała być może do najgrzeczniejszych, ale wyróżniała się niezwykłymi pomysłami na przyszłe życie. Z mojego rocznika wywodzi się chociażby Adam Wajrak, który chodził do klasy równoległej. Do tej samej klasy chodził też Staszek Trzciński. A ja w jednej ławce siedziałem z Tomkiem Sommerem, obecnie redaktorem naczelnym tygodnika „Najwyższy Czas!”.
I to tam na dobre rozwinęła się Twoja pasja muzyczna?
Muzyka pojawiła się już wcześniej na moim osiedlu. Mój pierwszy zespół założyłem z kolegą z bloku, Piotrkiem Domińskim, który mieszkał na 10. piętrze (ja mieszkałem na 6.). Piotrek jest dziś wybitnym kompozytorem muzyki teatralnej, pracującym od lat z Krzysztofem Warlikowskim w Teatrze Rozmaitości. Wtedy grał na gitarze heavy metal. Kiedy przyjechały moje pierwsze bębny ze sklepu, to jak tylko nauczyłem się grać proste rytmy, zaniosłem je do niego i tam robiliśmy próby i graliśmy kawałek „51” TSA.
Później przenieśliśmy się do osiedlowego klubu „Praktyczna Pani” w pawilonie przy ul. Marii Dąbrowskiej, obok SP 106. To było takie miejsce, gdzie kobiety uczyły się szydełkować, szyć, farbować włosy, gotować, było tam też mini-przedszkole. Niezwykle miła kierowniczka poszła nam na rękę i udostępniła salę, dzięki czemu dwa razy w tygodniu mogliśmy tam hałasować zaledwie sto metrów od domu.
Natomiast w Eksprymencie, już w pierwszej klasie zacząłem grać w Cytadeli, moim pierwszym poważnym zespole. Poznałem Tomka Wasyłyszyna (wokalistę i basistę, dziś znanego endokrynologa i dermatologa; jego mama, Halszka Wasilewska, była lubianą dziennikarką TVP, stworzyła m.in. program Wódko, pozwól żyć i pierwszą telewizję śniadaniową). W zespole grał też Mikis Cupas (gitarzysta, który od lat 90-tych gra nieprzerwanie w Wilkach) oraz ś.p. Maciek Wyrobek na klawiszach.
Maciek to była niesamowita postać. Był synem Bogusława Wyrobka, pierwszego rock’n’roll’owca Rzeczypospolitej, i znanej piosenkarki Hanny Rek (która pracowała w Bielańskim Ośrodku Kultury przy Goldoniego, a kiedyś miała także wielki hit pt. Złoty pierścionek). Maciek urodził się w Finlandii w miejscowości Oulu, bo jego rodzice grali tam kilka lat na dancingu. Po zespole Cytadela Maciek rozpoczął karierę jako Dj Maceo Wyro i grał m.in. w projekcie Niewinni Czarodzieje z DJ-em Envee. Niestety zmarł nagle w wieku 43 lat, na dwie godziny przed własnym koncertem w radiowej Trójce – pękł mu tętniak, o którym nie wiedział. Strasznie smutna historia.
Dzięki wizytom w domu państwa Wyrobków przy ulicy Bogusławskiego jako młody chłopak miałem okazję poznać legendarnego trenera Andrzeja Strejlaua. Odwiedzał on Bogusława Wyrobka, ponieważ obaj pasjonowali się filmografią włoskiej aktorki erotycznej Ciccioliny i wymieniali się jej kasetami VHS. Sam Bogusław był niezwykle barwną postacią – chętnie dzielił się fascynującymi wspomnieniami z występów w latach 60. i 70.
Cytadela była ważną częścią prężnej warszawskiej sceny nowofalowej. Jak z tego licealnego zespołu trafiłeś prosto do rockowego T.Love?
Jako Cytadela graliśmy sporo koncertów licealnych – w Reju, Kochanowskim i innych szkołach w całej Warszawie. Trafiliśmy też do Jarocina w 1991 roku, gdzie zdobyliśmy nagrodę publiczności! Nagrodą była profesjonalna sesja u Waltera Chełstowskiego w studiu CCS, gdzie nagraliśmy dwie piosenki.
Natomiast do T.Love trafiłem rok wcześniej, czyli w roku 1990. Byłem wtedy w klasie maturalnej i miałem zaledwie 18 lat! Janek Benedek, żoliborski miłośnik Rolling Stones, który formował nowy, warszawski składu zespołu T.Love, pamiętał mnie z grzecznościowej próby, którą Cytadela zagrała kiedyś w jego piwnicy. Dostałem telefon, a raczej wiadomość przez pocztę pantoflową, że mam się do nich odezwać. Akurat graliśmy z Cytadelą koncert w warszawskim klubie Hybrydy. Muniek z Jankiem przyszli mnie sprawdzić. Już wtedy grałem dość kompetentnie, więc dostałem angaż. I tak jako nastolatek tuż przed maturą, dołączyłem do T.Love.
To były zresztą specyficzne czasy. Poziom techniczny grania w latach 80-tych był niższy niż dziś – było trudniej o instrumenty, edukacja muzyczna była gorsza. Ale sytuacja cenzury i opresji politycznej, biedy i swoistego „głodu na normalność” paradoksalnie dobrze wpływała na twórczość. Ludzie byli zmuszeni szukać metafor, pisać nie wprost. Nie można było wyjść i nakrzyczeć na władzę, bo od razu dostawało się milicyjną pałką tak, jak na manifestacjach po mszach za ojczyznę w kościele Św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Sam raz dostałem pałką jako młody chłopak, gdy nieopatrznie znalazłem się na czele pochodu 3 Maja na ul. Krasińskiego.
Na Bielanach i Żoliborzu tętniło wówczas bogate życie kulturalne. Działał punkowy zespół Post Regiment, w którym grali Smoku oraz mój sąsiad z ulicy Marii Dąbrowskiej, Max Gralewicz (późniejszy producent VIVA Polska i MTV), znany był Krzysiek Małachowski, który grał też na perkusji (obecnie ojciec rapera Małacha), czy ś.p. Janek Cybulski – uznawany za najlepszego gitarzystę na osiedlu, który w wirtuozerski sposób wykonywał utwory Hendrixa, który niestety na początku lat 90-tych utonął w Bałtyku.
A jak powstał Twój kultowy pseudonim – Sidney Polak?
Sydney Pollack to znany amerykański reżyser czeskiego i żydowskiego pochodzenia (Pożegnanie z Afryką, Tootsie). Pseudonimy wymyślaliśmy sobie nawzajem w zespole T.Love. Ponieważ nazywam się Jarosław Polak, to na płycie I Love! (1995 r.) podpisałem się żartobliwie: „Sidney Polak – bębny”.
Później Muniek zapowiadał mnie tak na koncertach i przylgnęło to do mnie na dobre. Kiedy w 2002 roku zacząłem tworzyć własny, solowy materiał, zastanawiałem się nad nazwą zespołu, ale stwierdziłem, że skoro jestem już kojarzony jako Sidney Polak, to nie będę kombinował i zacząłem występować pod własnym szyldem.
Jak wyglądało przejście od bębnów w T.Love do autorskiej, nagradzanej Fryderykami kariery solowej?
Gdy wszedłem do T.Love, zespół nagrał płytę Pocisk miłości, która bardzo szybko odpaliła i odniosła duży sukces. Piosenka Warszawa błyskawicznie stała się numerem jeden w Trójce, co pociągnęło za sobą całą kawalkadę propozycji koncertowych. Zaczęliśmy jeździć po całej Polsce. Bardzo szybko, metodą obserwacji, zorientowałem się, na czym w ogóle polega ten biznes, jak prowadzi się zespół i jak się pisze piosenki. Obserwowałem, jak tworzy się materiał – ktoś przynosił pomysł na próbę, obrabialiśmy go, śpiewaliśmy w „języku norweskim” bez znaczenia, żeby złapać podział sylab, a potem powstawał tekst.
Zrozumiałem, że aby robić swoje rzeczy muszę opanować instrument, na którym gra się akordy. W 1995 roku kupiłem pierwszą gitarę i zacząłem uczyć się harmonii oraz chwytów. Potem kupiłem cztero-ślad i maszynę perkusyjną. Prawdziwym przełomem był rok 1999, kiedy sprawiłem sobie pierwszy komputer z programem muzycznym. Mogłem zapętlać bity, wycinać frazy i układać własne kompozycje.
Zrobiłem dwa numery (Butelki i www.tekila.pl ), które trafiły na soundtrack do filmu Superprodukcja Juliusza Machulskiego. Wydawnictwo EMI zaproponowało mi kontrakt na 3 płyty! W 2004 roku ukazał się mój debiutancki album z utworem Otwieram wino oraz kultową Chomiczówką. Zdobyłem za niego 3 Fryderyki (dla Autora, Kompozytora i za Album Roku - Muzyka Alternatywna) i od tamtej pory moje życie stało się dwutorowe – grałem po kilkadziesiąt koncertów rocznie, żyjąc na walizkach z T.Love i własnym zespołem.
Piosenka Chomiczówka stała się gigantycznym hitem i dotarła na samo podium Listy Przebojów Trójki. Jak wspominasz jej narodziny?
Czuję się piewcą Bielan, bo dzięki tej piosence ludzie w całej Polsce i nawet Polonia za granicą dowiedzieli się, czym jest Chomiczówka. Byłem wtedy zafascynowany wczesnym hip-hopem – urzekało mnie, jak hip-hopowcy rapują o swoich osiedlach, akcentują swoją lokalność. Muzycznie Chomiczówka to dośc proste, rzewne akordy które kojarzyły mi się z serialem Jan Serce.
Kiedy wpadłem na pomysł jak to napisać, tekst powstał chyba w godzinę! Mostek: „nie ma już Chomiczówki sprzed lat” nagrałem dopiero kilka miesięcy później. Najpierw szukałem oryginalnego rapera z Chomiczówki, żeby się do tego dograł. Zadzwoniłem do DJ-a 600V (Sebastiana Imbierowicza), a on mi mówi: „Na Chomiczówce to nikogo nie ma - ale jest Franczesko z Łomianek - to blisko- niech on ci to nawinie”. Spróbowałem z Franczesko, ale nie zażarło. W końcu sam napisałem ten fragment o brudnej windzie i kapslach. Mój rocznik i całe pokolenie wychowane w bloku z wielkiej płyty przeżywało dokładnie to samo: motorynki, butapren, szpanowanie zagranicznymi ciuchami z paczek zza granicy, zegarek Casio zapamiętujący numery telefonów…
Dziś angażujesz się w bielańskie inicjatywy, jesteś Ambasadorem Bielan oraz wspierasz młode talenty poprzez współpracę z Fundacją JoseSong.
Młodzi artyści mają dziś pod wieloma względami łatwiej, bo dostęp do sprzętu, wiedzy i internetu jest nieporównywalny. Za moich czasów nie było takich inicjatyw jak fundacje wspierające młodych twórców – trzeba było samemu walić głową w mur.
Z drugiej strony mają trudniej, bo są koszmarnie przebodźcowani informacjami. Trudno im zachować skupienie, zagłębić się w sobie i znaleźć czas na głęboką refleksję, która jest niezbędna do stworzenia czegoś autentycznego. My mieliśmy więcej nudy, a nuda zmuszała do myślenia i kreacji.
Sidney i laureatki Festiwalu JoséSong w Tarchostudio
Gdyby młody człowiek zapytał Cię po koncercie o jedną radę na start w branży – co byś mu odpowiedział?
Nie ma jednej uniwersalnej rady. Ten biznes jest nieprzewidywalny. Radziłbym jednak, by dokładnie przemyślał, co chce ludziom przekazać i umiał zwizualizować swojego odbiorcę. Kiedy piszę piosenkę, wyobrażam sobie konkretną osobę, która później będzie słuchać tej piosenki – np. kobietę jadącą rano do korporacji, stojącą w korku przy Metrze Słodowiec. Zastanawiam się, czego ona w tej chwili potrzebuje w radiu: uśmiechu, wzruszenia czy chwili refleksji? Nasze emocje – miłość, zdrada, nostalgia, strata – są niezmienne od tysięcy lat. Sztuka polega na tym, by opowiedzieć o nich nowym, własnym, autentycznym językiem.
Pod koniec 2025 roku skomponowałeś muzykę do świątecznego utworu Złota Noc ze słowami Marka Dutkiewicza, łączącego m.in. Anię Rusowicz, Tomasza Szczepanika, bielańską Szkołę Muzyczną oraz laureatów Festiwalu JoseSong.
To była wspaniała międzypokoleniowa współpraca! Pokazuje, jak ogromną siłę ma bielańska społeczność i jak ważne jest rozwijanie kultury lokalnej. Władze dzielnicy i organizacje, jak właśnie Fundacja JoseSong, rozumieją, że oprócz twardej infrastruktury (dróg, bloków) niezwykle ważny jest soft power. To wzmacnianie lokalnej społeczności poprzez działania kulturalne. To kluczowe, ponieważ dzięki temu w mieszkańcach rodzi się potrzebne im poczucie wspólnoty. Takie inicjatywy umacniają lokalną tożsamość i doskonale budują wizerunek Bielan. Powstanie piosenki czy sam pomysł wyjścia z taką inicjatywą były strzałem w dziesiątkę – choć, rzecz jasna, powodzenie takiego projektu zależy od wykonania. W tym przypadku się udało, i to nie tylko dzięki mnie, ale też wszystkim zaangażowanym artystom. Bardzo się cieszę, że współpracuję z instytucją, w której ludzie myślą tak nowocześnie i otwarcie.
Na planie teledysku do Złotej Nocy, od lewej: Maria Leszczełowska, Gabriela Kurzac, Tomasz Szczepanik, Anna Rusowicz, Sidney Polak, Zuza Wysocka i Zuzanna Urbanik
A gdybyś dzisiaj miał napisać nowy utwór o współczesnych Bielanach lub Chomiczówce – z perspektywy dzisiejszych doświadczeń i dojrzałości – jak opisałbyś te miejsca, ich klimat i energię?
Stworzyłbym chyba hip-hopowy numer w irlandzkim stylu, z mocno wspólnotowym sznytem – utworem sprzyjającym integracji i wspólnemu spędzaniu czasu. Najlepiej, gdyby tekst napisał Marek Dutkiewicz – to oczywiste! Gdybym jednak sam musiał go stworzyć, na pewno odniósłbym się do zmian w przestrzeni. W ostatnich latach Bielany wzbogaciły się o mnóstwo zrewitalizowanych miejsc, gdzie wspaniale spędza się czas.
Ogromną zmianą dla dzielnicy było doprowadzenie metra, które zbliżyło Bielany do centrum miasta. Kiedyś Chomiczówka i Bielany stanowiły odległe obrzeża, dziś to ścisła, zintegrowana część Warszawy – nowe osiedla wyrastają dopiero dalej za nami. Na pewno wykorzystałbym motyw metra, bo za moich czasów go tu nie było. Już kiedyś, w utworze „Dzień w Warszawie” na drugiej mojej płycie, zsamplowałem głos lektora zapowiadającego poszczególne stacje metra. Takich rozwiązań bym szukał.
Przez ostatnie trzydzieści lat zmieniła się nie tylko przestrzeń i standard życia, ale przede wszystkim ludzka świadomość. Dokonaliśmy ogromnego skoku. Tak jak Bielany przybliżyły się do centrum Warszawy, tak Polska przybliżyła się do centrum Europy. Nie jesteśmy już zaściankowym krajem. Wróciłem niedawno z Grecji – mimo pięknego morza, tamtejsza infrastruktura czy porządek ustępują temu, co mamy obecnie u siebie. Polska stała się naprawdę pięknym i rozwiniętym miejscem.
Gdybym miał zrealizować taki utwór o Bielanach, chętnie podjąłbym to wyzwanie!
Co szykujesz dla słuchaczy na koncercie 29 sierpnia na Chomiczówce?
To będzie niezwykle emocjonalny powrót, bo gram dosłownie na swoim podwórku – w miejscu, gdzie wychowałem się na przełomie lat 70. i 80., chodziłem do szkoły i stawiałem pierwsze muzyczne kroki. Dlatego nie chciałem zrobić zwykłego, rutynowego koncertu, tylko potężne, ponad dwugodzinne widowisko pod szyldem „Sidney Polak i Goście”. Całość zaplanowaliśmy tak, aby połączyć historię bielańskiej sceny z jej absolutną współczesnością.
Przede wszystkim zaprezentuję publiczności zupełnie nowy zespół Szayba, w którym gram na perkusji. To dla mnie niesamowity powrót do korzeni i pierwotnej pasji, bo znów siadam za bębnami! Zespół tworzą świetni, młodzi i niesamowicie utalentowani muzycy – wokalista ma 29 lat, gitarzysta 25, a basista 24. A ja mam przy nich, no może 32! (śmiech). Ta młoda krew daje na scenie gigantyczną, wręcz bezczelną energię, a repertuar jest bardzo dynamiczny i bezkompromisowy.
To jednak dopiero początek bielańskiego święta. Na scenie razem ze mną pojawi się też zespół BNDK, czyli Janek Benedek i jego syn Gabor. Z Jankiem łączy mnie przecież wyjątkowa historia – to on jako pierwszy wypatrzył mnie za bębnami w swojej piwnicy, gdy grałem z Cytadelą, i przyjął do zespołu, gdy miałem 18 lat i chodziłem do klasy maturalnej w liceum przy ul. Nocznickiego. Stanie z nim na jednej scenie po tylu latach, i to właśnie tutaj, na Chomiczówce, ma dla mnie wręcz symboliczny wymiar. Zrobimy wspólny blok koncertowy, w którym zagramy nie tylko autorskie kompozycje, ale też kultowe hymny jego autorstwa, na których wychowały się całe pokolenia Polaków.
Bardzo zależało mi również na tym, aby dać przestrzeń najmłodszemu pokoleniu twórców. Dlatego zaprosiłem świetny, młody zespół cosmos, który na co dzień próbuje i szlifuje swoje brzmienie w moim Tarchostudio. Chłopaki mają teraz wspaniały czas, a ich utwór Droga pani, ale pani pachnie stał się dużym przebojem. Cieszę się, że bielańska publiczność będzie mogła zobaczyć ich w akcji na wielkiej, plenerowej scenie.
Oczywiście nie zabraknie też moich solowych, największych utworów, które na tę okazję zyskają zupełnie nowe, mocniejsze aranżacje na żywo. Gdy w ten sierpniowy wieczór wybrzmią akordy Chomiczówki dokładnie w tym miejscu, w którym miały miejsce te historie – ciarki na plecach publiczności są gwarantowane.
Szykujemy oprawę wizualną, dopieszczone światła i klimat prawdziwego, sąsiedzkiego, ale zrobionego z ogromnym rozmachem koncertu. Chcę, żeby każdy – od moich rówieśników pamiętających trzepaki lat 80., po nastolatków, którzy dopiero odkrywają naszą muzykę – wyszedł z tego wydarzenia z poczuciem, że był świadkiem czegoś historycznego. Będzie głośno, wzruszająco i bardzo bielańsko!
Na koniec: gdybyś stając na scenie na Chomiczówce, zobaczył w tłumie małego Jarka z lat 70. lub 80., co byś mu powiedział?
Powtórzyłbym mu motto mojej mamy: „Rób, co uważasz, i uważaj, co robisz”. Życie trzeba po prostu dobrze przeżyć, dbać o bliskich i kierować się zasadą z mojego ulubionego filmu Miłość, szmaragd i krokodyl: miłość jest najważniejsza, szmaragd to stabilizacja i praca, a krokodyl to przygoda, której też nie powinno w życiu zabraknąć!
Wywiad ukazał się w sierpniowym wydaniu miesięcznika "Nasze Bielany".